Muza. Inspiracja a kreacja

Muza. Inspiracja a kreacja

Muza, muzą, muzie… Mityczne stworzenie u boku artysty, które według wszelkich doniesień i powszechnych opinii potrafi rozpalić jego wyobraźnię tak, by tworzył dzieła piękne i wiekopomne 🙂 A jak jest naprawdę? 😉

Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się jakoś dogłębnie nad tematem, bo wydawał mi się oczywisty i błahy. Niby wszyscy wszystko wiemy, no i znamy szereg przykładów z filmów, książek, prasy. On wyrazisty, ona – szara myszka, albo przebój, petarda – epizod w jego życiu. Kobiety proste, nieskomplikowane, które otwierają serca swoją czystością. Dziewczyny równorzędne intelektualnie, partnerki do rozmowy. Czasem czyste piękno, które może być warte więcej niż dobroć i setki mądrych słów. Przyjaciółki, kochanki, żony… Od zawsze wspierały artystów, naukowców, mężczyzn wybitnych w danej dziedzinie.

Gdyby przyjrzeć się definicji muzy w Słowniku języka polskiego PWN widać wyraźnie, że słowo to jednoznacznie kojarzone jest z kobietą. Pierwiastek damski widoczny jest zwłaszcza w dwóch pierwszych objaśnieniach:

  1. mit. gr.-rzym. «każda z dziewięciu bogiń, córek Zeusa, opiekunek sztuk pięknych i nauki»
  2. «kobieta inspirująca jakiegoś artystę»

Dalej jest ciekawiej, bo bardziej metaforycznie. Muza ucieka ze sztywnych ram kulturowej personifikacji, stając się dziełem kompletnym lub pewną ulotną chwilą czy nastrojem, zwanymi powszechnie „weną”.

  1. «poezja lub inny rodzaj twórczości uprawianej przez kogoś»
  2. «czyjś talent lub chwilowe natchnienie»

 

Kobieca i ulotna…

 

Istotnie, muza to nierzadko kobieta, która jest ciągle obecna w życiu artysty, nakręca go do działania, pomaga, wspiera. Wnosi przy tym całą siebie, osobowość, inteligencję, humor. Dyskutuje, ma wpływ na jego zdanie, opinie o życiu i o sztuce.  Nakręca, bo sama to czuje.

Pośrednio wiąże się to z przyjęciem roli wspierającego. Pół biedy, jeśli pani muza nie ma talentu, nie interesuje się sztuką, brak jej ambicji na tym polu. Gorzej, gdy sama przez to coś traci, bo zatraca się w swojej bierności, oddaniu, chęci niesienia pomocy. Wtedy układ nie jest zdrowy, nie ma w nim miejsca na samorealizację,  i z góry skazany jest na porażkę. Cierpienie. I frustrację.

Często jest nieme przyzwolenie na taką bierność twórczą, bo pasuje ona także drugiej stronie. Bo w centrum jest tylko jedna osoba i jej twórczość, bo nie ma niezdrowej konkurencji (która MUSI się kiedyś zacząć), bo łatwiej korzystać z zasobów, niż wesprzeć w samodzielnym tworzeniu 😉

Istnieje tez inna opcja. Że „funkcja” muzy nie będzie dla niej balastem, a przyjemnością. Że zrealizuje się w innej dziedzinie (albo nie będzie się realizowała wcale), że ukocha sobie rolę u boku mistrza, osoby, która będzie o niej i dla niej tworzyła 😉 Dopóki nie znajdzie on nowej inspiracji, dopóty obie strony będą zadowolone 🙂

„Wielkie oczy”. Bardzo dobrze zagrana, amerykańska produkcja o losach malarki Margaret Keane. Nie była muzą, była utalentowana żoną… 10/10 za kostiumy i willę. Warty obejrzenia

„Mistyfikacja”, rzecz o Witkacym, który nie popełnił samobójstwa, i ukryty przed światem żyje ze swoją muzą… Świetne role Błaszczyk i Stuhra, myślę, że nie trzeba polecać…

 

Efemeryczna i metaforyczna…

 

Artysta to istota nieskomplikowana, pragnąca tworzyć, cokolwiek by to nie było i z jakichkolwiek względów. Jedni chcą, by coś po nich pozostało, drudzy marzą o wielkiej karierze, a niektórzy po prostu tworzą. Bo lubią. Profity przyjmują jako bonus do ciężkiej czasami pracy.

Wszystko, co wokół, może inspirować. Architektura, przyroda, kolory. Najpotężniejszą inspiracją jest jednak drugi człowiek. Spotkanie. Bliskość, albo i dystans. Tajemnica. Stopniowe odkrywanie siebie.

A cała zabawa zaczyna się od fascynacji – słowem, gestem, uśmiechem. Od magicznego przyciągania, cielesności, intelektu; i nie, nie są to proste relacje. Proste relacje nie wnoszą nic do sztuki. Sztuka to odzwierciedlenie życia.

Uwikłany w strukturę własnego świata artysta rozpatruje to, co wokół, przez pryzmat własnej wrażliwości. Idealnie pasuje tu określenie, że „wszystko jest względne”. To, co bowiem wydaje się przeciętne i normalne Janowi Kowalskiemu, twórcę nakręca i popycha do działania. Zwykłe duperele, drobiazgi, jakieś kartoniki, śrubki, plama na stole… Widziałam wiele dróg, a każda prowadziła do czegoś naprawdę fajnego.

https://youtu.be/WyRGYWmIhWo

„Nie lubię poniedziałku”. Pan szukał elementu do maszyny, a znalazł go w… 🙂

Poza tym film uwielbiam, jest cudowny, wspaniały, o wielowątkowej fabule, świetnie pokazuje absurdy PRL-u… I ta pusta Warszawa!!!

 

To tylko taki mały szkic czysto teoretyczny; w głowie mam pełno myśli, bo też kogoś kiedyś inspirowałam. To takie… normalne. Czasem spalające. I miłe, gdy widzisz w czymś siebie.

 

Na koniec wrzucam trailer filmu z rockowym pazurem. Oglądajcie, i inspirujcie się nawzajem 😉

„U progu sławy”, współczesna muza. Groupie: fanka, przygoda, czy kobieta, o której piszą piosenki?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *